Łomżyńska Spółdzielnia Mieszkaniowa w Łomży

Wspomnienia Józefa Dunajewskiego – Przewodniczącego Komisji Rewizyjnej Rady Nadzorczej ŁSM w latach 2002 – 2006

Budowanie bez własności

Józef DunajewskiNa początku lat sześćdziesiątych powstawały jednocześnie dwa budynki mieszkalne przy ul. Pięknej i Wiejskiej. Spółdzielnia zaczęła się rozwijać, tzn. budować mieszkania, bo pierwszy budynek przy ul. Długiej wykupiła od państwa.

W latach 1962-1968 – za prezesury Wacława Dzierzgowskiego zbudowanych zostało 10 budynków mieszkalnych.

Kontrola jakości

Byłem wówczas członkiem rady nadzorczej, przewodniczącym komisji budowlanej. Na czym polegała moja rola? Otóż chodziłem po budowach i jak zauważyłem, że coś spaskudzili, to jeszcze bardziej psułem.

Np. zamontowane były uchwyty do umywalek, ale tak, że można było je wyjąć. Wyciągałem je więc ze ściany i kładłem na posadzkę, a potem zgłaszałem kierownikowi budowy potrzebę naprawy – „bo się oberwało”. Takimi sposobami wymuszałem poprawę jakości wykonawstwa. Jakość budownictwa była w ogóle bardzo niska, więc z reguły nikt z nadzoru budowlanego nie zwracał na takie szczegóły uwagi. Ja i moi znajomi mieliśmy w tych budynkach zamieszkać, wszyscy się znaliśmy, więc pilnowałem tych spraw jak swoich.

A co to jest spółdzielnia mieszkaniowa?

Spółdzielnia liczyła wtedy nieco ponad 100 członków, bo takich, którzy mieli jakieś pieniądze i chcieli zapisać się do Spółdzielni było niewielu. Były to przecież czasy, gdy własność prywatna przestawała istnieć. Wszystko co prywatne, a spółdzielczość mieszkaniowa z tym się częściowo kojarzyła, było źle widziane przez władze i tępione. Dlatego ludzie nie wierzyli w jakąkolwiek własność – choćby minimalną. Wiele osób starało się pozbyć przed czasem wszystkiego, co mogło im przynieść kłopoty. Pracowałem wtedy w spółdzielczości pracy i wiem jak to się odbywało. Zakłady prywatne likwidowano, rekwirowano maszyny, nakładano dodatkowe podatki. Nawet maleńkie jednoosobowe kuźnie włączano do spółdzielni pracy.

Doszło do tego, że właściciele tych małych firm sami zgłaszali się do spółdzielczości, obawiając się utraty miejsca pracy i narzędzi oraz braku materiałów do produkcji, które wtedy rozdzielano.

To były trudne czasy dla spółdzielni mieszkaniowej. Ludzie na to patrzyli niechętnie i ciężko było pozyskać nowych członków.

Ja potrzebowałem mieszkania, ale pieniędzy, które musiałem wpłacić do Spółdzielni nie miałem. Pojechałem do swojej mamy – kobiety światłej, wykształconej, która działała w organizacjach podziemnych, przeżyła Oświęcim i mówię:
– Mamo pomóż

– A na co ?

– Do spółdzielni mieszkaniowej muszę się zapisać, bo nie mam gdzie mieszkać (już się ożeniłem).

– A co to jest to spółdzielnia mieszkaniowa?

– No, będziemy budować bloki i tu będzie moje mieszkanie.

– A synku – jak to się spali to ty poznasz, która jest twoja cegła?

Taki był stosunek do spółdzielczości; do mieszkania spółdzielczego. Tym bardziej, że były tylko mieszkania lokatorskie. Nawet statut nie przewidywał jakiejkolwiek formy własności. Nikt nie miał mieszkania własnościowego.

Wpłacało się 15% planowanego kosztu budowy. Na małe mieszkanie (dwa pokoje z kuchnią) trzeba było 20-25 tys. zł. To było około 20 pensji, a całkowity koszt takiego mieszkania wynosił 100-120 tys. zł.

Mieszkania wtedy były dużo droższe, bo prawie wszystko wykonywano ręcznie, niska była wydajność, a marnotrawstwo materiałów ogromne.

Podczas budowy bloków przy ul. Pięknej i Wiejskiej dużo cegieł, które pospadały z rusztowań leżało w wykopach. Zasugerowałem więc kierownikowi budowy, by cegły powybierać i zużyć do budowy, bo przyjdzie spychacz i wszystko zasypie. Usłyszałem taką odpowiedź:

– Na materiały to ja mam rozrzut, a na fundusz płac nie.

Rozwój mimo wszystko

Mimo negatywnego stosunku władz do własności prywatnej i niechętnej postawy ludności wobec spółdzielczości, z biegiem lat Spółdzielnia budowała coraz więcej. Złożyło się na to kilka czynników. Kiedy w 1975 roku utworzono województwo łomżyńskie i rozpoczęto budowę fabryk ogromnie wzrosło zapotrzebowanie na siłę roboczą, której w mieście nie było.

Ludność napływowa potrzebowała mieszkań, a gospodarka komunalna budowała śladowe ilości. Sprawnie funkcjonowała spółdzielnia mieszkaniowa, więc pod nadzorem państwa przejęła cały ciężar gwałtownie rosnącego popytu na mieszkania.

Samorządność Spółdzielni

Trzeba zaznaczyć, że pierwsze budynki spółdzielni zasiedlili wybrańcy – ludzie wykształceni, bardziej światli, zasobniejsi. Oni tworzyli zamkniętą społeczność. Wszyscy się znali, szanowali i bardzo dbali o budynki. Niepotrzebne były żadne grafiki i przydziały prac, a klatki schodowe zawsze były czyste, wymyte i wysprzątane. Każdy by się wstydził, gdyby w jego otoczeniu było coś nie tak. To się z czasem zmieniało. Stopniowo wymierali lub wyprowadzali się pierwsi lokatorzy, a na ich miejsca przychodziły rodziny – często powyciągane z suteryn – którym przysługiwały mieszkania komunalne. Ci nowi wprowadzali swoje obyczaje. Ciężko było się porozumieć, utrzymać ład i porządek. Poza tym władze państwowe i partyjne decydowały o wyborze zarządu, a później rozdysponowywały też większość mieszkań. Trudno więc było mówić o samorządności.

Teraz obserwuję proces zmiany świadomości ludzi i ich mentalności w podejściu do Spółdzielni. Corocznie uczestniczę w spotkaniach spółdzielców przed zebraniem przedstawicieli członków. Mogę powiedzieć, że jeszcze 10 lat temu traktowano Spółdzielnię jak instytucję państwową. Przeważały postawy roszczeniowe. Nowe place zabaw, elewacje, chodniki z kostki brukowej – to wszystko potrzebne, ale wszystko kosztuje.

Powoli członkowie zaczynają rozumieć, że sami stwarzają możliwości poprawy warunków zamieszkiwania, wnosząc odpowiednie opłaty.

Zdarzają się jeszcze przypadki obietnic bez pokrycia – szczególnie w okresie wyborczym, ale ludzie nie dają już się nabierać.

Uważam, że samorządność Spółdzielni umacnia się w ostatnich latach. Sprzyjają temu zasady demokratycznego państwa prawa, poszanowanie własności prywatnej, konstruktywny, partnerski układ stosunków pomiędzy organami samorządowymi i członkami. Dobrze to służy spółdzielczości mieszkaniowej.